Mała i niepozorna wysepka Lipsi leży pomiędzy Patmos i Leros. Bardzo łatwo jest się tu dostać promem, który przypływa do wyspy kilka razy dziennie. Zdecydowaliśmy się na przyjazd tutaj ze względu na znaną w całym regionie, lokalną winiarnię, a, że wina za kołnierz nie wylewamy, więc postanowiliśmy spróbować, co wyprodukowała lokalna społeczność. Wyspa spodoba się wszystkim osobom poszukującym spokoju, z dala od tłumów. Jest tu tyle plażyczek, że spokojnie każda przyjezdna para, może zagarnąć jedną dla siebie i przeznaczyć ją na romantyczny spacer brzegiem morza, opalanie topless albo… sami wiecie (w sensie piknik). Zacumowaliśmy w południowym bayu aby następnego dnia rozpocząć eksplorację. Zaczęliśmy od zwodowania naszego dwuosobowego dingi, które w spadku dostało stary, wysłużony, za mocny o połowę silnik zaburtowy, co skutkuje tym, że przy dodaniu gazu podłoga w pontonie zagina się w pół, wprost nad naszymi głowami. Z tego powodu muszę ostudzać zapędy Kapitana co do szybkiej jazdy, bo ten bardzo lubi zawrotną prędkość. Na przykład, na skuterowych wycieczkach pędzimy aż 60km/h. Na szczęście mężczyzna mój musi leżeć krzyżem w naszym środku komunikacji aby obciążać przód a ja w tym czasie zajmuje się sterowaniem. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego on się wtedy tak denerwuje, czasami coś krzyknie ale zupełnie nie wiem co, bo przecież leży twarzą do dołu a ja siedzę przy ciągle perkoczącym silniku, coś niby w „prawo” czy tam w „lewo”. Ja przecież wiem, jak skręcam sterem w lewo, to ponton skręca w lewo, a może w prawo, nieważne, przecież wiem. Plama potu na plecach Kapitana robi się coraz większa, więc pomyślałam sobie, że mu gorąco, to dodam gazu i go ochłodzę powiewem morskiej bryzy. Musiał nie zrozumieć moich intencji, bo zaczął drzeć sie w niebogłosy, biedaczek chyba mu słońce zaszkodziło. Na szczęście dopłynęliśmy już do zatoczki i wyniku nieuwagi Kapitana, który wciąż leżał w pontonie twarzą do dołu zaryliśmy śrubą w piasek. On mówi, że to moja wina ale ja w to nie wierzę.

Ja mokra od bryzgającej wody, Kapitan cały zlany potem, wybraliśmy sie na poszukiwanie organicznej farmy Dimitrisa, gdzie zaplanowaliśmy zakup dużej ilości dobrego wina aby dzisiejszego wieczoru się upić. Znaleźliśmy asfaltową drogę, na niej zaparkowaną ciężarówkę, więc aby nie krążyć za długo postanowiliśmy zapytać o drogę. Z daleka zachęciła nas wielka, wystawiona przez okno samochodu wisząca noga, której stopa dyndała się w rytm wiejącego wiatru. Oznaczało to, że pojazd nie jest pusty. W środku odnaleźliźmy dwóch zapracowanych, pijących Fantę i wietrzących kończyny dolne Greków. Kapitan swoim łamanym greckim dowiedział się w którym kierunku powinniśmy zmierzać, co też uczyniliśmy. Miało być blisko ale po 5 kilometrach marszu w pełnym słońcu zwątpiłam jednak czy ci zmęczeni panowie zrozumieli czego szukamy. Przez całą drogę szliśmy wśród pól z winem, co sugerowało, że winiarnia jest niedaleko. W Grecji nawet krowom nie chce się stać, więc wylegują się na słońcu.

Droga wskazana nam przez Pana wystająca nogę doprowadziła nas, nie do famy Dimitrisa a do jedynego miasta na wyspie o tej samej nazwie. Ku naszemu zdziwieniu trafiliśmy na inną winiarnię! W wyobrażni już testowaliśmy różne rodzaje szczepów, o krótych nie mamy bladego pojęcia, ważne jednak, że chciliśmy się wdziś wieczorem upić! Uśmiechaliśmy się do siebie, w wyobraźni widząc już wzniesione kieliszki, gdy okazało się, ż grecka winiarnia otwarta jest do 13:00. Spojrzeliśmy na zegarki, 12:45, czyli pewnie już od godziny było zamkniete! Jak tu nie kochać Grecji?

Poczuliśmy, że nie uda nam się dokonać dzieła zniszczenia dziś wieczorem, więc przynajmniej najemy sie pizzy. Właśnie ten nieoczekiwany głód zjedzenia czegoś niedobrego skierował nas do miasteczka. Kapitan zgłodniał z emocji jakie zafundowałam mu podczas podróży pontonem ale chyba już mi wybaczył. Lipsi okazało sie wyjątkowo zadbane i czyste, z wieloma charakterystycznymi białymi domkami iniebieskimi okiennicami.

Oczywiście pizzernia również był zamknięta, ponieważ żaden szanujący się Grek nie je dopóki zegar nie pokaże 22:00, za to znaleźliśmy całkiem przyjemną piekarnio-cukiernio-kawiarnię, gdzie obżarliśmy się ciastkami aż nam było niedobrze. W sezonie, kiedy przybywa turystów, na głównych ulicach miasta rozkładają się kramarze, w których można zakupić świeże, grillowane owoce morza i lokalne specjały. Nas niestety ominęła ta przyjemność, nad czym szczerze ubolewamy, ponieważ oboje przepadamy za sea foodem. Obejście całego miasteczka i znalezienie zamknietej pizzerni zajęło nam około godziny. Oprócz wszechobecnych w Grecji kościołów, kościółków i kapliczek, które wyglądają niemal identycznie, w zasadzie nie ma co tu oglądać. Wiele dobrego natomiast słyszeliśmy o tutejszych plażach, więc wyruszyliśmy na poszukiwanie tej najpiękniejszej.

Całkowicie przypadkowo, w poszukiwaniu sławnego Monodendri, nad którym rozpływa się większość podróżników w polskich Internetach, w okolicy, w której zakończyłam uderzeniem w piach morderczy lot na dingi, odkryliśmy poszukiwaną od początku mityczną farmę Dimitrisa. Ciągle czuliśmy w brzuchach zjedzone desery, więc ogarnęła nas lekka konsternacja odnośnie wieczornych planów. Upić się czy sie nie upić? Na decyzję nie trzeba było długo czekać, oczywiście, że tak, byliśmy tego tak pewni, że w furtce na posesję farmy doszło do lekkiej przepychanki. Jakże było nam smutno, gdy się okazało, że Pan Dimitris nie żyje… ale nie martwcie się, nie było zamknięte. Pan Kostas, syn Dimitrisa wiele lat spędził w Stanach, co da się zauważyć zarówno po poziomie języka angielskiego, obyciu, jak  i po i sposobie prowadzenia biznesu. Zostaliśmy potraktowani jak dobrzy znajomi, którzy wpadli z krótką wizytą. Poczęstowano nas herbatą, kozim serem a także podano do degustacji wina własnej produkcji. Dowiedzieliśmy się, że farma wytwarza jedynie kilkaset butelek rocznie a produkcja odbywa się wciąż tradycyjnym sposobem, czyli ugniataniem upchanych w beczce winogronek gołymi stopami. Pan Kostas pozyskuje wolontariuszy z całego świata do pomocy przy zbiorach i produkcji wina. Sam mówi, że co rou ma około tysiąca zgłoszeń od młodych ludzi, chcących posiąć wiedzę o organicznej hodowli warzyw i prowadzeniu farmy. Oprócz winorośli uprawia on także organiczne warzywa, pomidor, cukinie, ogórki, cytryny a także kozi i owczy serek. Oczywiście wszystkie te specjały są ze 3 razy droższe od tych sklepowych, dlatego zastanawiamy się mocno nad słusznością trendu organicznego. Ale o tym innym razem. Będąc na Lipsi, warto odnaleźć farmę Dimitrisa, aby zaopatrzyć się w porządne wińsko, które będzie można popijać wieczorami, zagryzając kozim serkiem organicznym. Jezeli masz ochotę podeptać winogronka jako wolontariusz, spędzić 3 miesiące w słonecznej Grecji w bliskości z naturą, możesz głosić się przez stronę Pana Kostasa http://www.dimidtrisfarm.info

Jak już pisałam farma Dimintrisa przerwała nam poszukiwania Monodendri, nad urokiem którego rozpływają się odwiedzający. Przez cały dzień udało nam się zwiedzić na prawdę wiele pięknych, odosobnionych plażyczek. Większośc poktywał złoty piasek a zejście do morza było bardzo płytkie i łagodne, jak to w którym zaryliśmy śrubę od dingi. Niestety nie dało udał się nam dotrzeć do celu ze względu na to, że Kapitan pomylił ścieżki a mnie już strasznie bolały stopy, zawróciliśmy dwie zatoki przed przed samotnym drzewem.

Podumowaując Lipsi to piękna wyspa, w sam raz na jedno czy dwudniową wycieczkę. Choć jedyne miasto na wyspie nie jest zbyt imponujące, to wysiłek wynagradza krajobraz przy nadbrzeżu.

 

Jeżeli ci się podoba, udostępnij!Share on FacebookPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 × two =