Levitha według mitologii greckiej jest wyspą, nad którą przefrunął Dedal z Ikarem, zanim ten drugi rozsmarował się o pobliską Ikarię, nazwaną na cześć właśnie tego, potencjalnego zdobywcy nagrody Darwina.

Słyszeliśmy wiele dobrego o jedynej tawernie na wyspie, dlatego specjalnie z jej powodu zboczyliśmy z kursu na Amorgos aby odwiedzić to popularne miejsce. Szczerze mówiąc nie spodziewaliśmy się zbyt wiele, bo kto normalny przyna się, że płynął 30 mil tylko po to by zjeść kawałek kozy zupełnie takiej samej, jak w budce na dworcu w Atenach. Wszyscy tylko mlaskali i wychwalali, więc postanowiliśmy się przekonać na własnych językach, bo mięso kozy z Levithii miało mieć podobno specyficzny, inny smak ze względu na to, że z braku słodkiej wody ta koza pije słoną. Podobno przeżycie kulinarne nie do opisania. No to płyniemy.

Będąc już w odległości godziny drogi od słonej kozy, zaczęliśmy z Kapitanem rozmowę o życiu. Właściwie o tym, czy fajnie jest być tak całkiem samemu czy jednak smutno. Po burzliwej wymianie zdań doszliśmy jednak do wniosku, że to nienormalne tak żyć bez sąsiadów. Nawet jak się tego sąsiada nie lubi, to dobrze go mieć, żeby mu czasem powygrażać i pokłócić jak jest potrzeba pokłócenia. Bo coż zrobić jak najdzie cię ochota pokłócić się trochę, a wokół nie ma nikogo. Musi to być strasznie frustrować i źle działać na psychikę, ba! może nawet wywoływać desperację! Idąc tym tokiem rozmyślaliśmy z Kapitanem dalej. Co jeżeli dopłyniemy tam jako jedyni żeglarze? Co jeżeli tylko my będziemy obcy, a ta sfrustrowana rodzina, która nawet nie może się z nikim pokłócić będzie chciała te swoje frustracje odbić na nas? Zaczęliśmy się poważnie zastanawiać nad tym, że nikt normalny nie skazywałby się na takie odosobnienie dobrowolnie, więc na pewno coś z nimi jest nie tak. Przeszło mi przez myśl, że w sumie nikt nie wie, że zboczyliśmy z kursu i tu płyniemy, więc gdyby ta dziwna rodzina nas zamordowała w przypływie chęci pokłócenia się, to nikt się o tym nie dowie, nikt nie będzie nas tu szukał. Spakują nas do zamrażarek i nakarmią nami następnych, samotnych żeglarzy. Ta koza z opowieści, kóra miała dziwnie smakować, może nie była kozą? Może to nasi poprzednicy? Przyznam się szczerze, że chyba wymyśliłam bardzo dobry scenariusz na horror, twarz mojego Kapitana zbladła, co zdarza mu się niezwykle rzadko, bo  jest kapitanem niezwykle odważnym. Spojrzał na mnie, sięgnął po mapę i stwierdził, że dziś już dalej nie dopłyniemy, najwyżej nie pójdziemy do tawerny i zabunkrujemy się w łódce na wypadek ataku.

Gdy dopłynęliśmy okazało się, że wzięliśmy jedno z ostatnich miejsc a do końca dnia zatoka zapełniła się całkowicie. Wieczorem wszyscy żeglarze  uderzyli do tawerny, której tak się obawialiśmy a gdy zaczęli wracał cało i zdrowo, stwerdziliśmy, że jest bezpiecznie i też pójdziemy. Droga z zatoczki do tawerny wiedzie przez pustkowie dlatego warto mieć ze sobą latarkę by w drodze powrotnej się nie zgubić albo nie nadepnąć na jakiegoś skorpiona. Przywitał nas widok ogromnej, zadbanej farmy. Zadbanej tak nie grecko, bo znajdujące się po prawej stronie pastwisko owiec okalał mur z równo wyciętych i ułożonych na sobie kamieni, tworząc płot którego nie powstydzidziłby się niejeden warszawski kamieniarz. Po lewej zaś stronie gospodarze urządzili winnicę i farmę solarną (tu nie ma RWE). Po dotarciu ściężką na miejsce zaskoczył nas widok ogromu cięzkiej pracy jaka została włożona w wybudowanie tego gospodarstwa i utrzymanie go w świetnym stanie w jakim obecnie jest.

Dowiedzieliśmy się, że ci ludzie mieszkają na wyspie już od 6 pokoleń, czyli szybkim rachunkiem wychodzi około 300 lat. Żyją zupełnie sami uprawiając ziemię i hodując zwierzęta. Raz na jakiś czas opuszczajś wyspę aby zrobić zakupy na zapas albo w międzyczasie znaleźć żonę czy męża. Tak, po żonę i męża jest specjalna wyprawa, trwa ona kilka miesięcy po czym wybranek lub wybranka sprowadzani są na wyspę w celu dalszego pielęgnowania tradycji.

Pan Kambosos nie grzeszył uprzejmością, a przynajmniej nie taką do jakiej przywykliśmy w Europie. Można powiedzieć, że był nawet trochę oschły. W sumie nie ma się co dziwić skoro całe życie turyści pytają go „co tu robisz człowieku” i patrzą na niego jak na wariata, który mieszka samotnie i nie ma się z kim kłócić.

W końcu udało się nam zamówić tę „dziwną” kozę, na którą zboczyliśmy z kursu na Amorgos. Jak się dowiedzieliśmy w starożytnej Grecji koza była symbolem sił witalnych i płodności. To co otrzymaliśmy na naszych talerzach zapadnie nam głeboko w pamięć. Tak wspaniałego mięsa nie jedliśmy nigdy w cześniej i pewnie długo nie spróbujemy. Oficjalnie przyznaję, że warto udać się na kolację do dziwnych ludzi, do dziwnej tawerny po środku Morza.

Jeżeli ci się podoba, udostępnij!Share on FacebookPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone

One thought on “Samotność po środku Morza”

  1. Jestem pod wrażeniem, nowa odsłona strony, lekkie a zarazem z polotem pióro /możesz zahaczyć o dziennikarstwo/. Czytam i wcale mnie nie zachęcisz bym tam pojechała bo czytając już tam jestem. Super..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ten + nine =